Rytm Chaosu

wymiana między TEiW a irlandzką grupą GIFT


WYMIANA  IRLANDIA-POLSKA, POLSKA-IRLANDIA,
Projekt "Rytm Chaosu", Klimontów 2006 r.

Dziennik subiektywny Magdaleny Okoń

Dzień 1.

Ok. godziny 12:20 na warszawskim Okęciu ląduje samolot z Dublina.

W napięciu wyczekujemy na grupę irlandzką; wyczekujemy, wyczekujemy, wyczekujemy...
"Może wsiedli nie w ten samolot?", "Sprawdź, może napisali, że przylecą innym?", "Może zadzwonimy?".
Polacy zdecydowanie nie lubią czekać, na nic, a historia jest tego najlepszym dowodem.

Nagle na horyzoncie ukazują się bębny; ogromne, kolorowe – w dużej liczbie. Tak, to oni. Potomkowie Celtów – chciał nie chciał.

Tego dnia, jak w większość dni tego lata, jest upał, prawie 37 stopni. Dla nas to norma; bogaci doświadczeniem ostatnich kilku tygodni, śmiało gnamy przez lotnisko, ale irlandzcy artyści nie przywykli do tego rodzaju temperatur, a już na pewno nie do takiej ilości słońca.

Zanim do naszego autokaru załadowaliśmy bagaże, grupa ukazała się w pełnym rynsztunku, tj. obłożona sporą ilością kremu z filtrem.
Po wejściu do autokaru nastąpiła część II  procedury nakładania filtrów; UVA, UVB itp. Ach, to zabójcze polskie słońce!

Resztę dnia przepędziliśmy zwiedzając Warszawę; Stare Miasto, Nowe Miasto, dalej; restauracje, supermarkety ( poszukiwanie zapasowych / nowych kremów do opalania – koniecznie z filtrem, oraz środków na komary. Komary – jak się dowiedzieliśmy - są równie zabójcze jak słońce. Żyjemy w okropnym klimacie, a ja nawet o tym nie wiedziałam! )

O godzinie 19 wyruszamy w szczęśliwą podróż do miejsca realizacji projektu – Klimontowa w województwie świętokrzyskim.
Około godziny 23 jesteśmy na miejscu. Ciężko ocenić sytuację w mroku nocy, ale chyba jest nieźle. Idziemy spać.
Z pewnym sentymentem wspominam tę noc, ponieważ to była moja pierwsza - i ostatnia - przespana noc w Klimontowie...

Dzień 2.

O 9 rano wszyscy spotykamy się na śniadaniu. Wypoczęci, sprawni, gotowi. Rozmawiamy, poznajemy się. Jeszcze niepewni, ale już chętni do pracy.

Po śniadaniu, Kasia, opiekun - reżyser grupy polskiej, inicjuje mini próby zmierzenia się z postaciami obecnymi w polskich legendach; potwory, rusałki, duchy i różnego rodzaju dziwadła. Te niewielkie warsztaty okażą się później wielce pomocne przy konstruowaniu naszego końcowego happeningu.

Grupa irlandzka proponuje integrację poprzez zabawę. Jest to dla mnie pewne novum, gdyż spodziewałam się po nich ostrej pracy teatralnej, ale cóż, na tym polega wymiana – wymiana modelu pracy.

Do końca dnia następują próby integracji poprzez gry i zabawy oraz małe formy teatralne; biorąc pod uwagę upału ciąg dalszy, nie jest to najłatwiejsze zadanie.

Pracę zamykamy kołem podsumowującym dzień tzw. closing circle, które daje możliwość wypowiedzenia się każdemu z nas.

Dzień 3.

Zaraz po śniadaniu udajemy się nad wielką wodę - zalew, gdzie przeprowadzimy wstępne warsztaty w plenerze.
Tereny są przepiękne; woda, las – cóż więcej potrzeba? Może tylko niższej temperatury...

Kasia dzieli nas na grupy liczące po kilka osób. Liderami grup są Polacy, bo to właśnie polskie legendy i baśnie będą tematem warsztatów plenerowych.

Każda z grup wybiera temat, jakim chce się zająć; może to być kompilacja dowolnych podań ludowych, baśni, legend, mitów, albo konkretna prezentacja jednego wątku obecnego w wymienionych źródłach, np. legenda o kwiecie paproci, obrzęd postrzyżyn, oddawanie czci kwiatom i drzewom etc.

Mamy 40 minut na przygotowanie prezentacji – każda grupa osobno - oraz pełną dowolność dotyczącą wyboru przestrzeni, a jest w czym wybierać – cała natura ze swą obfitością skoncentrowała się na tym fragmencie ziemi świętokrzyskiej.

Samo przygotowanie improwizacji było nie tyle problemem, co wyzwaniem, ponieważ Irlandczycy przywiązują wiele uwagi do pracy konceptualnej, tracąc tym samym cenny czas potrzebny na próbowanie – wcielanie pomysłu.

My, Polacy, przedstawiamy model pracy "jak nie wiesz, co robić, działaj, a nawet jak wiesz, to też działaj, bo tylko wtedy możesz ocenić wartość konceptu". Jednakże warto było zadać sobie trochę trudu, by skonfrontować te dwa, tak różne sposoby pracy nad improwizacją.

Kreatywność poszczególnych zespołów przeszła najśmielsze oczekiwania – wreszcie zobaczyłam, na co stać zagraniczną grupę!

Po obiedzie grupa irlandzka zaproponowała nam warsztat z tańca współczesnego, który był niezwykle subtelnym wydarzeniem w mojej teatralnej pracy z ciałem. Kiedyś miałam kontakt z tańcem współczesnym, więc mniej więcej posiadałam wyobrażenie o nim.

Miłośnik Grotowskiego nie znajdzie tu dramatycznej szarpaniny, dynamizmu, udręczenia ciała i duszy, znajdzie za to wyciszenie i jakby takie "sam na sam ze swoim ciałem". Byłam pewna, że to będzie dość męczące doświadczenie, a spotkałam się z przyjemnością wyższego rzędu, choć realizowaną na płaszczyźnie fizycznej, to tak naprawdę odbywającą się gdzieś głębiej.

Dzień zakończyliśmy wiekopomnym closing circle oraz czytaniem legend celtyckich i słowiańskich.
Potem nastała noc, która nie dla każdego była czasem na sen...
pokaz plucia ogniemspontaniczny pokaz

Dzień 4.

Zważywszy dość intensywną pracę poprzedniego dnia ... i nocy, dzień 4. miał być dniem wojaży, czyli pełnej regeneracji sił w 40-stopniowym upale.

Pierwszym miejscem, które umieściliśmy na planie wędrówki była urocza miejscowość, właściwie wieś, Ujazd i ruiny zamku "Krzyżtopór".
wycieczka na zamekzamek o 365 oknach
Miałam to szczęście, że podczas gdy nasze grupy przemierzały prawdziwy labirynt złożony z ruin zamku, ja spotkałam autorkę książek o zabytkach Wyżyny Sandomierskiej. Wysłuchałam niezwykłej opowieści o zamku, zdradzam tylko część...

Powstanie budowli zostało datowane na 1631 rok. Zamek umiejscowiony jest na wzgórzu i wygląda niesamowicie, pośród zielonych pól i łąk, prawie jak przeniesiony z innej rzeczywistości.

Styl tej niezwykłej budowli wyłamuje się z linii rozwoju architektury polskiej, a częściowo europejskiej. Jest to zabytek rangi międzynarodowej.    Zamek powstał na życzenie Krzysztofa Ossolińskiego, wojewody sandomierskiego, który pragnął, by powstała budowla sławiąca imię Ossolińskich, w tym celu sprowadził znanego architekta włoskiego, rodem Szwajcara Wawrzyńca SENESA, który miał wybudować zamek wg żądań Ossolińskiego.

Notabene, ten sam Szwajcar wykonał przepiękną barokową Kolegiatę w Klimontowie.

Architekt przygotował plan budowy zamku na zasadzie kalendarza – roku. Zamek w Ujeździe posiadał tyle wież, ile jest kwartałów w roku, sal wielkich, ile jest miesięcy, pokojów, ile jest tygodni w roku, okien, ile jest dni w roku, głównych bram, ile jest dni w tygodniu. Budowla obserwowana z lotu ptaka odkrywa kolejną niespodziankę – z tej perspektywy zamek przypomina orła z rozpostartymi skrzydłami, a głową zwróconą na wschód.

Kolejnym punktem naszej wyprawy był Święty Krzyż, o którym pisać nie będę, nawet nie dopuszczając myśli, że ktoś może nie wiedzieć, z czym jest związane to miejsce.

Wieczorem spotkaliśmy się w celu podsumowania naszych dotychczasowych działań, jak też konkretyzacji – wyboru postaci z legend, podań itd., którymi pragniemy się zająć.

Po burzliwej dyskusji rozpoczęliśmy nieobligatoryjne nocne warsztaty integracyjne, każdy wg swoich potrzeb i możliwości. Kolejna nieprzespana noc...

Dzień 5.

Dzisiejszy dzień otworzyły warsztaty Teatru Forum, prowadzone przez grupę irlandzką, opierające się głównie na elementach wykorzystywanych w dramie.
Dla mnie były o tyle interesujące, że nie zmuszały mnie do pracy fizycznej (upał) oraz dlatego, że wiele z osób z naszej grupy nie pracowało z dramą, w tym ja.

Pracowaliśmy w parach, jak też i w większych grupach. Poszczególna para bądź grupa konstruowała pewną sytuację konfliktową, zakładając przy tym, że istnieje opresor i opresjonowany, przedstawiała tę sytuację w formie żywej rzeźby – fotografii, jakby stop klatki. Następnie prezentowała swoją pracę pozostałym grupom, które dyskutując (forum) analizowały zaprezentowaną scenkę.

Warsztaty okazały się na tyle fascynujące, że poświęciliśmy im także drugą część dnia.

Pozwala mi to pomyśleć o tego rodzaju warsztacie, jako o czymś bardzo uniwersalnym i wielopoziomowym; gdzie każdy odnajduje to, czego tak naprawdę szuka w teatrze – i jako widz i jako aktor. Może to być jeden element, może więcej, ale mam wrażenie, że jest to teatr wychodzący poza samą formułę teatru jako takiego. Gdzieś zaciera się granica pomiędzy aktorem a widzem. Niedostatecznym byłoby stwierdzenie, że jest to teatr zaangażowany (wychodząc poza poziom społeczno-polityczny), owszem, jest, ale w innym sposób, może bardziej świadomy?

Dzień 6.

Po angażującej pracy teatralnej, nadszedł czas na rozwój zdolności muzycznych – warsztat gry na bębnach, prowadzenie - Irlandia.

Biorąc pod uwagę moją kompletną nierytmiczność, niemuzyczność, a wręcz głuchość, było to ogromne wyzwanie natury ambicjonalnej. Najpierw trzeba się zmusić, potem – niech się dzieje...

warsztat bębnowyMiałam nadzieję, że dla mnie nie wystarczy bębnów, myliłam się, zabrakło na nie chętnych, ale tylko do czasu.

Praca z bębnami okazała się ważna z kilku powodów.

Przede wszystkim kontakt z jakimkolwiek instrumentem uczy skupienia, a to jest niezwykle ważne w każdej pracy, nie tylko teatralnej.
Dalej; gra w samotności jest niczym w porównaniu z grą w grupie, gdzie liczy się współpraca i swego rodzaju odpowiedzialność za siebie i za innych.
Dodatkowo; bębny są instrumentem, który albo się pokocha, albo znienawidzi, ja pokochałam od... drugiego wejrzenia i tak mi zostało.
A na koniec powiem, że jeżeli człowiek pragnie wyłączyć się z rzeczywistości to ma do wyboru sen albo bębny, pomijam przy tym innego rodzaju wspomagacze.  

Ponieważ był to dzień naszego występu, naszego tj. grupy polskiej, ze sławnym już na cały świat spektaklem "Umarli muszą tańczyć", więc druga połowa pierwszej części dnia upłynęła na próbie do tegoż.

Poobiednią część dnia zajęła nam Paulina, przeprowadzając warsztaty, które ja dobrze znam i aż mi się, że tak powiem, gęba cieszyła na samą myśl o tym, że poznają je Irlandczycy. Wiedziałam, co mówię, wiedziałam, że będzie wycisk ;) I to się nazywa praca teatralna.

Ale zdaje się, że nie było tak źle, skoro na closing circle padały opinie in plus. Mnie się zawsze podoba; w Klimontowie, czy w Warszawie...  
Późne popołudnie przeznaczyliśmy na skupienie przedspektaklowe.

Mieliśmy grać w opuszczonej, zabytkowej synagodze, ale ze względu na pewne złożone okoliczności przyrody, zagraliśmy przed nią.

Przedstawienie jak zawsze zrobiło ogromne wrażenie (po co fałszywa skromność?), jednak dla nas było o tyle ważne, że mogliśmy zagrać dla Irlandczyków, że mogliśmy im pokazać naszą pracę, naszą wizję teatru.

przywitaniewachlarzyk

spadekPaulina B

Paulina B na stoleMagda O

martwa Paulinana stolezejście

Na naszym występie zamknęła się ta bardziej twórcza część dnia. I oczywiście WSZYSCY POSZLIŚMY SPAĆ ;)))

Dzień 7.

Z samego rana "pełni sił" ruszyliśmy na podbój świata.

Śmiałym krokiem w tym kierunku miały być warsztaty z plucia ogniem, warsztaty prowadzone przez grupę Irlandzką.

Fascynujące. Niestety ja byłam tylko widzem. Nie było to takie straszne, jak mi się zawsze wydawało, ale kim jak jestem żeby oceniać?

nauka plucia ogniem/uczyliśmy sie plućPaulina J i ogien

Przy okazji dnia siódmego warto wspomnieć o czymś, co przyprawiało nas o ból głowy przez cały wyjazd. Było to ciągle powracające pytanie, które dręczyło każdego z nas (oprócz Kasi, pomysłodawczyni), a dotyczyło szycia strojów na nasz wspólny happening.

Nasza praca zakładała stworzenie i realizację niepowtarzalnego wydarzenia kulturowego (czytaj; happeningu, spektaklu, performensu, projektu, prezentacji), opartego na wspominanych już legendach, podaniach i mitach celtycko-słowiańskich.

Jednym z elementów stanowiących niejako dopełnienie tej cudownej pracy miały być ręcznie wykonane stroje à la; słowiańskie dziewczę, słowiański młokos tudzież celtycki druid, celtyckie dziewczę, celtycki młokos, zwiewna rusałka, potwór itd.

Od przyjazdu do Klimontowa rodziły się nie tyle koncepty dotyczące wykonania tych strojów, co pytania: czy my w ogóle musimy je robić, zakładając, że nikt z nas tego nie potrafi, a powtarzające się na każdym closing circle pytanie o wątpliwości, jakie nas prześladują, zamykały się w odpowiedzi "stroje".

Tak więc koszmar dotyczący szycia kostiumów stał się na tyle przerażający, że w połowie wyjazdu skończyliśmy rozmawiać o jakichkolwiek ubraniach, bo to przywodziło na myśl jedno. Stroje. Kostiumy. Szycie.

Podczas wyjazdu miałam jeden sen (może dlatego, że tylko raz spałam) i sen dotyczył kostiumów. Nic dodać.

Wieczór dnia 7 był decydujący, rozstrzygający. W ciągu 15 minut zapadła decyzja o szyciu strojów. Myślę, że ta decyzja urosła na gruncie jakiejś chwilowej bezświadomości – cześć i chwała temu gruntowi.

A jak jeszcze dodam, że szyliśmy całą noc, to chyba nikt się nie zdziwi...

Tu należy się wielki ukłon w stronę Kasi, która nie traciła nadziei w moc integracyjną procederu szycia. Po raz setny nie pomyliła się; to była wspaniała wspólna praca. Niektórzy nawet odkryli wcześniej ukryte zdolności (wiedziałam, że kiedyś będę wykonywała jakiś szlachetny zawód, nie wiedziałam tylko jaki, teraz już wiem, że chcę szyć).
 
Dzień 8

Właściwie plan naszego "Rytmu Chaosu" był gotowy, czekały nas ostatnie próby przestrzenne.
Wybrane przez nas postaci to: rusałki (w liczbie kilku), potwory (w liczbie trzech, właściwie to samotrzeć – sam w trzech osobach, bo był to smok o trzech głowach, czytaj; złożony z trzech person),
druid (w liczbie jeden, inicjator – prowodyr , mistrz ceremonii), czarownice (w liczbie: dwie czarownice i jeden czarownik, więc już nie samotrzeć ;)),król-ojciec, królowa-matka, syn, wojownicy.
coś jakby rusałkaognisty duet bisujetaniec Magdy O na bi
Trzeba wziąć pod uwagę to, iż każde z nas grało co najmniej dwie role.

Przedspektaklową część dnia poświęciliśmy na rozwijanie zdolności muzycznych - part II, tym razem wokalnych.

Crispin, afrykański bębniarz i bard zechciał poświęcić nam czas i nauczyć nas paru pieśni, które perfidnie wykorzystaliśmy w spektaklu. Artyści to jednak pasożytniczy ród. Ale to dla Was, drodzy widzowie.

Teraz powinnam popełnić jakiś rozbudowany opis spektaklu, i nie pomylił się ten, kto tak pomyślał. Popełnię. A jużci. To, co pominę, dopełnią zdjęcia.

Nasz niepowtarzalny, niebanalny happening rozpoczęliśmy od zrobienia totalnego hałasu przed synagogą (jest tam taki spory plac); kompletnie zabudowaliśmy przestrzeń, grając jak najęci na czym popadnie.
zaczynamy pod synago
Następnie druid – mistrz ceremonii dał nam znak i ruszyliśmy – już w swoich postaciach - w stronę rynku.
zaczynamy spektaklweszlismy na scene,
Na rynku stworzyliśmy dwie grupy; grupę kobiet i mężczyzn, z kobietami została królowa-matka oraz jej syn.

Podział akcji na dwa miejsca; w jednym są mężczyźni - naradzają się, w drugim kobiety popadające w uwielbienie dla cudownego syna królowej-matki. Warto zaznaczyć, że syn nie jest w pełni dorosły. W dorosłość ma go wprowadzić starszyzna, co też uczyni za chwil kilka.

Syn zostaje oderwany, prawie że, od łona matki, a kobiety oczywiście, jak to kobiety, rozpaczają. Matka najbardziej – jej syn stanie się mężczyzną. To faktycznie tragedia. Męska część społeczności, czyli ta mądrzejsza, wtajemnicza chłopca, przeprowadza inicjację. Obrzęd postrzyżyn staje się metaforą wejścia w dorosłość.
postrzyżynyceremonia
Przez mężczyzn zostaje odśpiewana wojenna pieśń, na którą, lamentacyjnie odpowiadają kobiety, żegnając swych wybranków-mężów.
pozegnanie mężczyzn
No i kobiety zostają, a mężczyźni idą walczyć, na dobry początek ze smokiem. Smok o trzech głowach i plujący ogniem.
jeszcze jeden ogniow
Przerażające. Syn wraz z innymi mężczyznami-wojownikami zabija smoka, napięcie rośnie.

Drugim etapem na drodze wejścia w dorosłość jest pojedynek z odwiecznym wrogiem – metafora walki na wojnie.
walka bohaterów
Syn przegrywa i ginie, matka i ojciec rozpaczają. Czarownice na prośbę matki przywracają syna do życia, następnie on pokonuje wroga.
wskrzeszenia bohater
Następuje chwila radości, po czym nadchodzi trzeci etap wchodzenia w dorosłość – kobieta. To dopiero wyzwanie.
Oczywiście cały czas zmieniamy przestrzeń – to nie jest statyczny spektakl.
zakochani
Młody mężczyzna poznaje dziewczynę. Szczęście, szczęście. Znużeni (zapewne zbieraniem kwiatów) kochankowie usypiają – naturalną koleją rzeczy. Pojawiają się rusałki, kusząc kochanka.
tance rusałek
On, jak to bywa, ulega. Dziewczyna się budzi, a chłopa ni ma. Nieszczęśliwe dziewczę, węsząc zdradę, zabija się – a konkretnie topi, żeby było bardziej romantycznie - w Świtezi. Mężczyzna zostaje zamieniony w drzewo, co by już więcej nie szedł na pokuszenie.
mezczyzna zmieniony
Po wszystkim rusałki wykonują przepiękny taniec – wykorzystując doświadczenie zebrane na warsztatach tanecznych prowadzonych przez Irlandczyków.

Cały spektakl wypełnił Klimontowską noc muzyką i na poły rytualnym tańcem, a wszystko w blasku ognia. Żyć nie umierać...
koniec?
A publiczność krzyczy "bis, bis...".
tańce na bisognisty bis Alana

Dzień 9

I tak po rzuceniu na kolana mieszkańców Klimontowa, ruszamy
dnia 9 roku 2006 na Sandomierz. Voyage, voyage...

Swoją drogą, Sandomierz to piękne miasto, swego czasu nawiedzane przez Tatarów, którzy skutecznie próbowali wytępić wszelkie zalążki chrześcijaństwa, ale się nie udało.

Tylko kto dzień przed wyjazdem z Klimontowa będzie zajmował się historią?

Dzień był senny i letni, leniwie sentymentalny. A potem przyszła noc i gdzież, do licha, podziało się lenistwo?

Dzień 10

Moja wrodzona wrażliwość i litość dla siebie samej nakazują mi pominięcie umieszczenia jakichkolwiek zapisków tego dnia.
Byłyby to zapiski samobójcy jak sądzę.
 
Na dobry koniec RESUME:

Zapiski były wykonywane spontanicznie, dynamicznie, nieprzemyślanie  –  czyli tak, jak to sobie obiecałam przed wyjazdem.

Dlatego przepraszam wszystkich, którzy uczuli się urażeni ich formą, ich treścią, albo wyobrażali sobie, że będzie to stosownie do mojego wieku poważny reportaż z podróży (bo była to podróż i to nie tylko ta na trasie Warszawa-Klimontów-Warszawa, ale ta wewnętrzna).

Zaznaczam tylko, że już na wstępie umieściłam informację, że będzie to "dziennik subiektywny". A kto mnie zna, ten wiedział, co się szykuje.

Tym, dla których niedostatecznym i płaskim wydaje się moje tłumaczenie, służę satysfakcją (bileciki proszę nadsyłać na adres skrzynki mailowej magdaokon(at)op.pl).

Teraz przejdę do ostatecznego podsumowania.

To, co wydaje mi się najbardziej cennym nabytkiem dla mojego umysłu to wymiana na płaszczyźnie kulturowej.

Po to, by wymienić się doświadczeniem teatralnym nie trzeba dokonywać wymiany z grupą z drugiego końca świata, ale po to, by spotkać się z inną kulturą i poznać pewien sposób, pewien inny model oglądu rzeczywistości, trzeba sięgnąć właśnie tak daleko. I za to głównie cenię tę wymianę.

Mimo wszystko mam wrażenie, że obie grupy – obie kultury – choć tak bardzo kiedyś spokrewnione (nasz spektakl był próbą ukazania tego, co wspólne), są diametralnie różne.

Być może dla wielu rozpatrywanie pojęcia przynależności do danej kultury jest pewnym abstraktem, bo dość wygodnie jest odpowiedzieć, że wszyscy jesteśmy ludźmi niezależnie od tego, w jakiej kulturze zostaliśmy wychowani.

Owszem, jesteśmy ludźmi, ale przy całej świadomości bycia jednym gatunkiem, nie wolno nam zapomnieć, że pojęcie odrębności kulturowej jest szersze.

Dziękuję wszystkim, którzy włożyli kolosalnie więcej pracy w realizację tego projektu, niż ja. Dziękuję za możliwość spotkania.

To co, piszemy nowy projekt? ;)



16:25 04-08-2006Powrót

© 2006 Teatr Emocji i Wyobraźni. Niektóre prawa zastrzeżone.
feed RSS