Nie wszystek... Umarli na Malcie

Trzeba przyznać, że ten wyjazd był dla naszego Teatru - bądź co bądź amatorskiego - niebywałą nominacją i 1wyzwaniem...

Nasze przygotowania do "Malty" nie trwały długo. Zachowaliśmy postawę prawdziwych artystów: zwartych i zawsze gotowych do zmagań ze sceną. Zresztą, jak mawia nasza kochana Pani Reżyser, Katarzyna Kwiatkowska: "Sytuacja tworzy sztukę" - myślę, że to stwierdzenie doskonale oddaje postać rzeczy...
Jako się rzekło, przygotowania nie trwały długo; ostatecznie czekały nas _tylko_ cztery spektakle na "Malcie"! Cóż to dla nas?
Zapakowaliśmy się zatem w dwa samochody i ruszyliśmy w drogę. Zapakowaliśmy się dosłownie - nasze przybory sceniczne w postaci krzeseł i stołów wymagają nie lada przestrzeni, tak przewozowej, jak i prezentacyjnej.

TEiWPo długiej drodze - wreszcie Poznań! Szukamy naszego hotelu. Błądzimy. Gdzie jest ta ulica??? Uff - trafiliśmy. Dość ponury teren: przemysłowy, betonowy. Wszędzie szaro. Paskudnie. Napis na drzwiach - "Bursa dla Szkół Artystycznych" - nie wiedzieć czemu kieruje moje myśli na Dantejski szlak, który prowadzi do piekła... "Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją. Na odrzwiach bramy ten się napis czyta..." Wchodzimy. Nie jest źle, pełna kultura - jak na bursę przystało! Pościel z kory, integracyjne toalety, tudzież umywalnie, prysznice ukryte za subtelnymi, powiewającymi przy najlżejszym ruchu powietrza kotarami... No, ale dość o przybytkach materii, przecież teatr zajmuje się duchem!

Pierwszy dzień upłynął na podglądaniu i uczeniu się od innych. Kolejny rozpoczęliśmy od przygotowań do pierwszego występu. Przygotowania wyglądały rozmaicie... Ja - dajmy na to - popołudnie spędziłam w teatrze, pilnie śledząc losy bohaterów Mrożkowych "Emigrantów". Ciekawa inscenizacja.

*****

TEiWPowoli zbliża się godzina zero, pierwszy kontakt - bynajmniej nie z prawdą - raczej z taflą jeziora, nad brzegiem którego mamy wystąpić. Przyznam, dość osobliwy teren. Pusto, jasno, słońce skutecznie nas przypieka - a wszyscy ubrani jesteśmy na czarno... Po pięciu minutach promieniowanie - centralnie w twarz - jest tak intensywne, że przed oczyma migoczą mi już niebieskie plamy. Niedobrze...

Ciężko powiedzieć, kiedy zaczęliśmy, ponieważ spacerowicze - a jest tam naprawdę ładny deptak, jak w Ciechocinku - przechadzają się dokładnie _poprzez_ naszą przestrzeń sceniczną, nie zważając na nasze rekwizyty, a z zadziwiającą regularnością przez naszą scenę przejeżdża pewien rowerzysta. Ach, myślę sobie: "theatrum mundi", niech się dzieje...

Końcową partię spektaklu mogę skwitować słowami: kolor purpury. Zgrzaliśmy się niemiłosiernie.

Oklaski były wspaniałe i gdyby nie fakt, że widownia - z braku miejsc siedzących - stała, powiedziałabym, że otrzymaliśmy owacje na stojąco. Szybko zwijamy nasz dobytek i gnamy do Centrum Handlowego M1 na drugi spektakl. Zostawiamy za sobą okruchy wspomnień, ale i okruchy - pozostałości po naszej teatralnej stypie. Ale oto nad naszą sceną poczynają krążyć gołębie - niczym sępy, po chwili nie ma śladu naszej bytności nad jeziorem Maltańskim.
Ech, rozdziobią nas kruki, wrony... Ale sentymenty na bok, mamy niecałą godzinę, by dojechać na czas na miejsce występu. Trochę błądzimy, ale to już chyba dewiza "Malty": kto błądzi, ten gra. I tyle.

*****

TEiWJesteśmy. Centrum Handlowe M1 - targowisko próżności... Żadne słowa nie oddadzą moich uczuć przy zetknięciu z tym przybytkiem. Przyznam, że odczułam autentyczny strach. Czy przed tym miejscem, przed potencjalnymi widzami, przed hałasem wielkomiejskiego życia, który zdawał się osiągać tu apogeum? To Centrum to przecież istna manifestacja współczesności i to w najbardziej ordynarny sposób - bo ludzki. Autentycznie, przypomina mi się fragment "Don Kichota" Jeden z bohaterów przemawia mniej więcej tymi słowami: Sztuka, jak niewinna dziewczyna, nie chce, by ją szargano po ulicach i wystawiano na widok publiczny. Trochę zdeformowałam ten fragment, ale to na potrzeby mojego wywodu.

Zaczynamy profesjonalnie - z drobnym opóźnieniem. O dziwo, dźwięk w całym M1 zostaje wyłączony na potrzeby naszego występu. Na horyzoncie pojawiają się pierwsi widzowie, w tym spora grupka dzieci - rany, przecież to nie Domowe Przedszkole, to przedstawienie dla dorosłych!..

A jednak. To było niezwykłe doświadczenie. Teatr metafizyczny wśród sterty zachodnich ciuchów, pizzy i hamburgerów. Ale publika - niesamowita. No, takich braw jeszcze nie było. A ile ognia w oczach!
Zmęczeni, ale i zadowoleni, wracamy. Do bursy wpadamy tylko na moment, bo zaraz wyskakujemy w miasto, by znów przyglądać się i uczyć się od innych. Ze smutkiem zauważam, że na razie to my jesteśmy najlepsi. Cóż... rolę krytykona pozostawiam innym.

*****

TEiWNa początku był chaos. Potem z tego Chaosu wyłoniliśmy się my. I tak nastąpił Dzień Trzeci. Dzień kolejnego występu. Z niemałą pewnością siebie ruszamy na Mały Rynek. Kocie łby. Nie będzie łatwo ustawić stoły, ale i na to mamy sposób, dzielne Beatka i Karolina przygotowane są i na taką ewentualność... Zaczynamy. W mgnieniu oka zbiera się tłum, ale jaki! Napierają na teatralne pole i rozstawione na nim rekwizyty tak, że nasza przestrzeń niebezpiecznie się zawęża.

Na początku pojawiają się problemy z dźwiękiem; okazują się mało istotne, ponieważ po poznańskim rynku nagle zaczyna hulać poznański wiatr. To nie wróży nic dobrego. Świetne warunki sceniczne, pogoda tworzy doskonałą scenografię, tragizm się wzmaga, napięcie... ale ja myślę teraz o czymś innym: nasze rekwizyty! Talerze z pełną swobodą krążą nad naszymi głowami oraz nad głowami widzów, niczym złote ptaki. Niektórzy widzowie - a może po prostu nasi wielbiciele? - rozchwytują nasze ubrania i inne teatralne sprzęty, które już bez żadnej kontroli opuszczają nas i wzlatują hen, hen...

Zaczyna padać deszcz... padać nie jest adekwatnym określeniem. Zaczyna zacinać deszcz i widać, że na tym nie koniec, bo wiatr się wzmaga, niebo zasnute stalowym odcieniem... Marzę, by to już był koniec, póki jeszcze mamy widzów. Ale nasi widzowie, obok chciwości na nasze cenne rekwizyty, są także chciwi na sztukę. Dla męskiej części publiki rozgrywa się scena najciekawsza - taniec Pauliny na stole. Jeszcze dziś zastanawiam się, jak wytrwałaś, Paulinko, w swym dość skąpym stroju? Przeciez było tak zimno! Nie wiem, w każdym razie widzom - mężczyznom - na pewno jest gorąco; dowodem są pomruki dochodzące z tłumu. Gdybyśmy żyli w XIX wieku, pomyślałabym, że Paula wykupiła sobie ten pomruk aprobaty u grupy klakierów (Cennik XIX wiecznej "Klaki" obejmował i tę usługę - oczywiście za stosowną opłatą)...

TEiWW końcowej scenie - scenie zabójstwa - natura rozszalała się do tego stopnia, że deszcz już nie zacinał, a raczej nas zalewał, co zaskutkowało znaczącą emigracją publiczności. Pozostali najwytrwalsi. Jak mawiał Peiper, wystarcza mu, jeżeli napisze dla dwunastu i tyluż go przeczyta. Nie należy lekceważyć żadnej widowni i trzeba grać choćby dla jednego widza! W naszym wypadku pozostała dość liczna grupa obserwatorów. Jeszcze jeden dowód na nasza wielkość. Ostatecznie niebo przykrywa ciemna, żałobna płachta, spomiędzy której wyłaniają się pierwsze, nieśmiałe i świetliste żyłki błyskawic. Efekt znakomity. Do tego rodzaju uniesienia, jakie widziałam w oczach uczestników, powinna doprowadzać właśnie sztuka teatralna.Zwłaszcza teatralna. Po występie jesteśmy troszkę zmęczeni i zmarznięci. Jeszcze nigdy nie ponieśliśmy tylu strat materialnych. Istny krajobraz po bitwie. Rozdeptane kubki, talerze, nasze ciuchy sceniczne - zazwyczaj tak efektowne - zamieniły się w zwyczajne szmaty rodem z prozy życia. Ale było warto. Publika dopisała, pogoda dopełniła efektu, a my wracamy bogatsi o dużą porcję doświadczeń scenicznych... a może nawet pokorniejsi wobec natury?

*****

Dzień następny jest dniem powrotu, ale nie zapominamy, że czeka nas jeszcze jeden występ. Tym razem w Swarzędzu. Tak, tam gdzie jest fabryka mebli, ale my nie jedziemy do fabryki, a na swarzędzkie boisko szkolne. Wbrew pozorom jest to nadal pokaz w ramach "Malty".

TEiWTo bardzo ciepły dzień; aż żal wyjeżdżać z bursy, do której zdążyliśmy się przywiązać. Pojawiamy się na miejscu. Boisko jak boisko, trochę przypomina kort tenisowy, z antypoślizgową podłogą, nie wiem jaka jest nazwa fachowa... Przebieramy się w sali szkolnej, tzw. klasie. Nasze przybory teatralne są w opłakanym stanie. Wychodzimy. Ku naszemu zaskoczeniu, "na widowni" sporo osób w wieku szkolnym. Dobrze, powiem to; publikę stanowią w większości dzieci! To nas nieco konfuduje, więc po cichu ustalamy, że wypadałoby trochę ocenzurować nasz spektakl na potrzeby dzisiejszej widowni... Choć ostatecznie pozostaniemy przy wersji pierwotnej. I oczywiście, nie mogłoby zabraknąć naszego wiernego "Maltańskiego" towarzysza - poznańskiego wiatru. Znowu szamotanina z talerzami, z kubkami. Nasi aktorzy przyśpieszają grę; do licha - czyżby już chcieli kończyć? Tak, warunki atmosferyczne są nie do zniesienia.

TEiWScena zabójstwa. Dziecięcy głosik z widowni krzyczy: "morderka"! Tak, właśnie morderka! Koniec. Brawa. Czujemy, że wrażenie jest ogromne. Powtarzam sobie w duchu: nie wolno lekceważyć żadnej publiki. Pakujemy się, nagle podchodzi do nas pewna kobieta, pyta gdzie można nas zobaczyć. Jest zachwycona. Dajemy namiary, robimy ostatnie zdjęcie - i do Warszawy.

Poznańska przygoda dobiega końca, ale nie byłaby pełna bez ważnego epizodu. Otóż - jedziemy w kierunku Stolicy - dwoma samochodami, i bynajmniej nie jedziemy razem, a w pewnej odległości. Dzwoni telefon komórkowy, odbieramy. Telefonuje Łukasz - kierowca i właściciel większego wozu. Za zbyt szybką jazdę zatrzymała go policja, a do tego nie może znaleźć dokumentów. Na domiar złego Łukasz jest dość spory kawałek za nami, więc musimy wrócić. Kierunek - Poznań. Panicznie szukamy dokumentów, nagle Łukasz sięga do kieszeni spodni, które ma na sobie i... są. Nic nie dodam więcej. Nieco zaskoczonym policjantom proponujemy, że w ramach mandatu możemy zagrać. Chociażby w skrócie, najlepiej, gdy pokażemy jedną scenę - taniec na stole w wykonaniu Pauliny. Panowie w mundurach zadają pytanie: a ile jest warta ta sztuka? No, duuużo. Dostajemy wezwanie na komisariat, więc jedziemy. Przed wejściem zastanawiamy się, czy mamy wejść wszyscy? Jesteśmy grupą, wchodzimy razem! Zdezorientowany funkcjonariusz patrzy na nas podejrzliwie - może nawet trochę się przestraszył?

Koniec końców, mandat opiewa na 250 złotych. Nieco posępni wracamy na trasę Poznań - Warszawa. Humor wraca dopiero przy wspólnym stole, do którego zasiadamy w przydrożnej restauracji.

Ach, adieu poznańskie koziołki, wrócimy tu za rok, jeszcze lepsi. I wyjedziemy z Orfeuszem pod pachą.

TEiW

zdjęcia: Sławomir Sendzielski




11:25 10-01-2006Powrót

© 2006 Teatr Emocji i Wyobraźni. Niektóre prawa zastrzeżone.
feed RSS