Operacja Malta 2005

...ballada o mężczyźnie

Już drugi nasz wyjazd na Maltę. Tym razem sprawa była poważna, bo dostaliśmy się do festiwalowego programu trochę na wyrost - tzn. nie przesłaliśmy kasety ze spektaklem, i przyjęto nas w nadziei, że pokażemy coś ciekawego.

TEiWCzymś ciekawym była oczywiście świeżutka i w pocie czoła tworzona przez cały rok - "Ballada o mężczyźnie".
Dwa pokazy pod Centrum Kulturalnym Zamek - samo centrum Poznania, tłumy przechadzające się ulicą Św. Marcina i... schody, mniej więcej pośrodku potrzebnej nam przestrzeni. Krótkie spięcie na temat tego, gdzie gramy i kompletna reorganizacja sceny (schodów przesunąć się nie dało, więc przesunęliśmy się my).

Pierwszy spektakl zaczął się gładko. Publika dopisała, słoneczko świeci. Mniej więcej w dwudziestej minucie następuje jednak coś, co w moim rankingu teatralnych wpadek zajmuje pierwsze miejsce - latające rekwizyty z zeszłego roku, czy bolesne kontuzje są daleko w tyle... Aktor uliczny przyzwyczajony jest do różnych nieoczekiwanych sytuacji, ale z jedną tylko nie sposób sobie poradzić... Z awarią podkładu muzycznego. To było długie 10 minut; podejrzewam, że dla tych, którzy w tym spektaklu mieli okazję debiutować w dużej roli, nawet bardzo długie. Strategie przyjęliśmy różne: jedni grali starając się nie posuwać akcji do przodu, inni - zastygli w nerwowym oczekiwaniu na reakcję Katarzyny (reżyserki), która walczyła z technikiem, techniką i technicznością szeroko pojętą.

TEiWTutaj pozwalam sobie wstawić serdeczne podziękowania dla maltańskiej publiczności, która nie tylko wykazała się cierpliwością - nie poszła sobie - ale dodawała nam też otuchy oklaskami, co uratowało nas przed zbiorowym załamaniem nerwowym - dziękujemy.

Ostatecznie udało się włączyć druga płytę i dokończyć, co zaczęte zostało.

Drugi dzień naszego pobytu w Poznaniu, to przede wszystkim burza, która okazała się mieć poważny wpływ nie tylko na stan podłoża (mokre), ale też na samopoczucie Karoliny (przerażona). I tym razem przeżyliśmy na scenie chwile grozy, ale muzyka okazała się nas tylko straszyć i ostatecznie się nie zacięła, za co wszyscy jesteśmy jej wdzięczni. Pojawiło się za to miłe zaskoczenie - kwiaty od tajemniczego wielbiciela (lub roztrzepanego przechodnie, który zapomniał zabrać je po spektaklu i w efekcie tego dnia nie przyniósł nic swojej żonie, babci lub cioci). Bukiet nie zawierał bileciku, więc nastąpiło drobne nieporozumienie dotyczące adresata/adresatki. Ale czy to ważne? Przecież jesteśmy zespołem... oczywiście, że ważne, jednak już nie do ustalenia :)

Poza roślinką publika uraczyła nas mailami na teatralną skrzynkę, gratulacjami składanymi osobiście, prośbami o autografy i wszystkim tym, co próżność aktorska sobie ceni. Pojawiła się nawet recenzja, i to wcale nie taka zła, jak można by było przewidywać (krytycy niezbyt pochlebnie wyrażali się o tegorocznym offie, czego najlepszym dowodem jest to, że nikt go nie wygrał). Dlatego też z dumą zamieścimy ją - już wkrótce.

Suma summarum powróciliśmy z tarczą i z corocznym mandatem za prędkość dla naszego kierowcy. Za rok będziemy tam znowu, jeszcze lepsi, jeszcze bardziej zaskakujący i jak zwykle gotowi na wszystko, nawet na spotkanie z najbardziej wytrawnymi widzami. Oczekujcie nas, bo my już tęsknimy :)



11:41 10-01-2006Powrót

© 2006 Teatr Emocji i Wyobraźni. Niektóre prawa zastrzeżone.
feed RSS