Relacja w kilku odsłonach zadana przez Magdalenę Okoń
Odsłona pierwsza – PODRÓŻ I PIERWSZE IMPRESJE
Na wstępnie pragnę zdementować wszystkie niepochlebne wypowiedzi na temat lotów rosyjskimi liniami Aeroflot. Dobrze się lata, bezpiecznie się lata. Nakarmili, napoili; najpierw na linii Warszawa-Moskwa, potem Moskwa-Archangielsk (linie Aeroflot Nord). Doprawdy nie wiem, skąd tyle złych opinii? Dalibóg, czyliż spiskowcy ze zgniłego Zachodu naprowadzają niewinne umysły na takie tory?
Sądzę, że cisza, która zapadła po powyższym pytaniu jest dość wymowna...
Lotnisko w Archangielsku, na którym wylądowaliśmy późnym popołudniem sprawiło dość ascetyczne wrażenie. Pusto. Jeden budynek. Zakaz fotografowania. Prawie jak baza nuklearna. Poganiani przez strażników szybko wsiedliśmy do portowego busika, by po dosłownie 3 sekundach wysiąść przy bramie wyjściowej. Przyzwyczajona do tłumu ludzi oczekujących na lotniskach, przystanęłam na moment dość zadziwiona niewielką grupką ludzi czającą się za bramą z grubych mosiężnych prętów. I śmieszno i straszno.
Zaraz po spotkaniu z przedstawicielami Festiwalu wsiedliśmy do małego autobusu, pamiętającego zapewne najlepsze lata ZSRR..., i ruszyliśmy. Za oknami naszego pojazdu szybko przemykała tajga, stare fabryki, hale, bajeczne rozlewiska, i... pustka. Im głębiej zapadaliśmy się w tę dziką i obcą krainę, tym więcej ona ciekawiła. Mozaika, z której wcześniej składał się obraz obserwowany z samolotu, poczęła nabierać konkretnych kształtów. Ten industrialny krajobraz zdawał się być nieskończonym, nierealnym przez swoją dziwność i sztucznym jak dekoracja.
Trzęsąc się i kolebiąc jak w kołysce, dotarliśmy do niewielkich blokowych zabudowań, które zaczynały gęstnieć w miarę pokonywanych kilometrów.
Poczułam się odcięta od świata, zamknięta w przestrzeni kilkudziesięciu budynków, które wyrosły w środku niczego, na zimnej Północy. Za mną została rozległa tajga, a przede mną? Kto wie, może to samo. Z drugiej zaś strony przypomniałam sobie, że przecież każde lotnisko jest z dala od zabudowań (pomijając warszawskie Okęcie, które nie spełnia połowy standardów...), zatem logicznym jest, że zabudowania mieszkalne znajdziemy w znacznej odległości od portu lotniczego.
Wreszcie po prawej stronie ukazała się rzeka Dwina, byliśmy na miejscu. Autobus zajechał pod hotel, który jak hotel nie wyglądał. Wysiedliśmy i pomknęliśmy do wejścia, telepiąc za sobą teatralne sprzęty. Jeżeli zewnętrzna strona budynku sprawiała przykre wrażenie i nie przypominała hotelu, tak ten sam budynek widziany od środka hotelem był. I to zdecydowanie. Proceder przydzielania pokoi był nader zabawny, ale nie wiem, czy jestem zdolną, by przywołać jego opis w takiej postaci, w jakiej ukazał mi się wtedy. Przemilczę zatem.
W kańcu kańcow paszli my w kwartiru. Hotel okazał się naprawdę luksusowy. Lodówka, TV, widok na Dwinę. Full opcja.
Odsłona druga – MIASTO KONTRASTÓW
Jako się rzekło, Archangielsk leży na północy europejskiej części Rosji nad rzeką Dwiną, która w odległości 30 km od miasta wpada do Morza Białego. Miasto założył Iwan Groźny, było to w 1584 roku i do momentu powstania Sankt Petersburga Archangielsk był jedynym portem Rosji!!! Miasto wzięło nazwę od klasztoru prawosławnego im. św. Michała Archanioła, który powstał 300 lat wcześniej.
Z uwagi na fakt, iż Archangielsk posiada port, a co za tym idzie kontakty z Europą, od początku było to miasto międzynarodowe i kupieckie. Przeważały tu kolonie; niemiecka, holenderska i angielska. Do dziś w mieście znajdują się budynki byłego kościoła luterańskiego (obecnie sala filharmonii) i anglikańskiego ( siedziba urzędów i firm ).
Patrząc na sytuacje religijną, oczywiste jest, że Archangielsk to miasto prawosławne. Do rewolucji znajdowały się tutaj 33 cerkwie i katedra. Prawie wszystkie świątynie zostały zniszczone w czasach sowieckich i do chwili obecnej jest to jedyne miasto europejskiej części Rosyjskiej Federacji, gdzie nie ma katedry. Prawosławny biskup Tichon sprawuje liturgię w małej cerkwi znajdującej się na cmentarzu. Jednak trzeba przyznać, że prawosławna cerkiew po tylu latach prześladowań i męczeństwa, może powoli, ale się odradza.
Archangielsk to 350-tysięczne miasto; stolica oblasti (obwód, dzielnica kraju), która terytorialnie jest równa Francji, ale zamieszkuje ją tylko 1,5 miliona mieszkańców.
Chociaż miasto znajduje się poniżej koła podbiegunowego, można tutaj zrozumieć, co znaczą białe noce (czytać bez światła książkę o drugiej, trzeciej godzinie w nocy) i ciemne zimowe dni. Najkrótszy dzień 23 grudnia liczy sobie od wschodu do zachodu słońca tylko 3,5 godziny. A do tego dochodzi niskie niebo, chmury, deszcze, śnieg i wilgoć.
Tym sposobem udało mi się przemycić kilka encyklopedycznych informacji, za co żalu mieć nie wazmożno i nie nada. Nu, tak.
Archangielsk to przede wszystkim miasto kontrastów. Z jednej strony mamy starą część miasta, pełną drewnianych zabudowań, pamiętających dieduszkę Iwana Groźnego, a z drugiej business centra z salonami SPA, luksusowymi hotelami, snobistycznymi klubami nocnymi i przerażająco drogimi domami handlowymi (mówię przerażająco, bo ceny przewyższały te warszawskie).
Miasto posiada uniwersytet, kilka teatrów, muzea, domy kultury, więc i strona edukacyjno-kulturalna jest silnie rozwinięta. Słowem – miasto kipi życiem. I pieniądzem. Tego drugiego kompletnie nie widać na ulicach i w parkach. Ulice i chodniki przypominają tor przeszkód, a w parku czułam się jak w buszu, aż dziw brał, że z drzew nie zwisają liany na których dynda tarzan. Istna księga dżungli. Miejska zieleń jest pozostawiona sama sobie. Wylewa się z wszechobecnych trawników, skwerów. Krzewy i inne badyle uniemożliwiają przejście wąskimi uliczkami, a liście łopianu rozrosły się do rozmiaru parasola. Co bardziej ekspansywne drzewa są przycinane, stosownie do wzrostu, niektóre ucięto w połowie (trzeba przyznać, że to dość oszczędne. Na dłużej wystarczy). I tak - z wielu drzew zostały tylko kikuty, co być może sprawi, że przyszłe dendro osobniki będą bardziej rezolutne, niż ich poprzednicy.
Odsłona trzecia – FESTIWAL
Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych został zorganizowany po raz 13. Odbywa się prawie co roku, z małymi przerwami. Organizatorem jest Teatr Panova - www.teatrpanova.ru/. Nazwa Teatru pochodzi od nazwiska twórcy dyrektora i reżysera tegoż – Wiktora Panova.
Gośćmi festiwalu są teatry z całego świata. W tym roku byliśmy drugą polską grupą, która brała udział w festiwalu.
Warto wspomnieć, że festiwal jest kierowany do profesjonalnych teatrów, więc mieliśmy nie lada konkurencję. Organizatorzy nie wyznaczyli konkursu, więc jedynym oceniającym była publika. Przed naszym pierwszym występem jeden z aktorów Teatru Panova powiedział „jak przyjdą po autografy po występie, to znaczy że się podobało, jak nie - nu to ty znajesz....”. Przychodzili, a jakże.
Już po pierwszym spektaklu zjednaliśmy sobie widzów; niektórzy przychodzili do hotelu, by zamienić kilka słów, zebrać autografy, porobić zdjęcia, byliśmy rozpoznawani na ulicy, archangielczycy szeptali „smatri, eto teatr emocji i wyobrażenia, aaa...” .
Sława. Sława.

Przez dziesięć czerwcowych dni życie miasta koncentrowało się na festiwalu. Żyło nim. Na każdym spektaklu pojawiały się tłumy, nawet pod koniec imprezy, gdy pogoda była nieznośna – deszcz, silny wiatr, niska temperatura, ulice zapełniały się widzami. Pamiętajmy, że mamy do czynienia z teatrem ulicznym. Widzowie mogą się ubrać, my – nie. Było na tyle zimno, że nasze występy przeniesiono na scenę teatru w Domu Oficera. TEiW klasycznie można by rzec. Było to dla nas bardzo ważne doświadczenie – gra na deskach, prawdziwych teatralnych deskach! W ciągu godziny dostosowaliśmy nasz spektakl do nowej przestrzeni, a efekt końcowy ogromnie spodobał się widzom. Nowe wrażenia, nowa forma – światła, swoisty zapach teatru, patetyzm przestrzeni przyczynił się do żywszego odbioru naszego przedstawiania. Trzeba przyznać, że „Umarli muszą tańczyć” zyskali nową jakość.
Organizacja festiwalu była bez zarzutu. Ogromne zaskoczenie. Przyznam, że spodziewałam się bałaganu, dezorganizacji, bo ja wiem – jakiejś wielkiej wpadki? Tak przeważnie jest na festiwalach, ale nie tu.
Jedynym, co mnie w jakiś sposób dotknęło było to, że dyrektor Panov nie przywitał nas osobiście. Widywaliśmy się w różnych miejscach, sytuacjach, ale nie było personalnego zapoznania, powitania z grupą. Szkoda. Do końca czułam się, nie jak artysta, który został zaproszony na festiwal, ale jak turystka. Dali jeść, dobry hotel, zapewnili animacje; imprezy, wycieczki i puścili wolno, obligatoryjne były tylko występy. A może my, Polacy, mamy ciągłą potrzebę, by ktoś nad nami panował, kontrolował i wyznaczał granice, programy?
Generalnie chodzi o to, żeby te minusy nie przesłoniły nam plusów. Zatem pomimo niedociągnięć, nikłych jak pajęczyna, Festiwal zrobił na mnie ogromne wrażenie. Największym odkryciem tego wyjazdu byli Rosjanie. Wiem, że wielu czytających nie zgodzi się ze mną, ale to tylko dlatego, że nie mieli okazji (albo ochoty) na poznanie naszych sąsiadów, albo historia przybiła zbyt wiele przykrych pieczęci, by mogli wybaczyć. Wasz problem, panowie i panie. Widziałam kawałek świata, ale to wszystko jakby nie moje, obce, cudze („...a takie obchodzi się tylko z zewnątrz i nijak się dostać do środka...” – Dygat, JEZIORO BODEŃSKIE). Poznałam kulturę emanującą ciepłem i poezją, wrażliwą i otwartą na dialog. Rosja to przepiękny kraj, nieważne, jakie wizerunki kreują media.
11:37 28-09-2007Powrót
© 2006 Teatr Emocji i Wyobraźni. Niektóre prawa zastrzeżone.




